01.10.2015

Miłość (Amour) 2012, reż. Michael Haneke- recenzja.

Swą odyseję z filmami Hanekego rozpoczęłam od Pianistki (2001) z rewelacyjną Isabelle Hupert. Jak już zaczęłam, tak do tej pory nie mogę przestać. Michael uzależnia. Gwarantuję. W filmach tego  reżysera realizm krzyczy z ekranu, wypala piętno, którego trudno się pozbyć. Po każdym seansie czujesz się wykończony, za każdym razem przechodzisz katharsis i wciąż chcesz więcej.
Gdy w 2012 roku Miłość weszła na ekrany, nie miałam wątpliwości, kto zgarnie statuetkę za film nieanglojęzyczny. Liczyłam jeszcze na to-dość naiwnie, że szanowne jury choć raz wykaże się obiektywizmem i za najlepszą rolę żeńską nagrodzi Emmanuelle Riva, niestety postawili na Jennifer Lawrence- aktorkę dobrą...no, ale bez jaj?! Długo po emisji nie mogłam ochłonąć. W ciągu 3 lat film obejrzałam kilkanaście razy, za każdym mocniej bije mi serce i trudno mi złapać dech w piersi. Dialogi z pozoru błache i o niczym, które aż przeszywają widza na wylot. Zdjęcia? Perełki! Odpowiada za nie ceniony Darius Khondij, który współpracował przy takich filmach jak: Siedem, O północy w Paryżu, Ukryte pragnienia, Delicatessen, etc... Każdy kadr naznaczony jest dramatyzmem: jedzenie śniadania, obieranie jajka, mycie naczyń. Coś zwyczajnie pięknego. Jakby malarz stworzył serię obrazów o mieszczańskiej codzienności i puścił w formie slajdów.



Już na początku twórca pozbawia nas złudzeń i ujawnia jak wszystko się skończy, mimo to ostatnie sceny w niczym hitchcockowskim suspensie rozłożą nas na łopatki. Jednak o tym później...Na ekranie obserwujemy praktycznie tylko dwójkę bohaterów. Georges (Jean-Louis Trintignant) i Anne (Emmanuelle Riva) to szczęśliwe małżeństwo muzyków, które wiedzie poukładane życie. Przypatrujemy się im jak podziwiają koncert swojego byłego ucznia. Nie wiedzą, że jest to ich ostatnie wyjście... Wkrótce wszystko się zmieni, bowiem Anne dostaje wylewu, co w konsekwencji zmusza Georgesa do zaopiekowania się żoną. Widzimy powolny proces odchodzenia małżonków. Najbardziej szokujące w tym obrazie jest to, że jest tak ludzki, tak prawdziwy (zresztą jak to u Hanekego bywa). Georges siedzący na fotelu, przypominający sobie żonę grającą na fortepianie, te dni gdy wszystko było piękne, proste... Jakbyśmy dostali po pysku. I to zakończenie..., które każdy z nas może inaczej interpretować. Jednych zszokuje, drudzy będą szukali usprawiedliwienia, a jeszcze inni dopatrzą się zupełnie czegoś innego... Bo Georges zobił to z miłości aż i tak poprostu...


Lecz czym byłoby dzieło bez swych aktorów? A ci są wspaniali. Reżyser zaprosił prawdziwą francuską elitę. Isabelle Hupert piekielnie zdolna bestia, która mimo 62 lat wygląda na 20 lat mniej i miała już przyjemność współpracować z mistrzem. Emmanuelle Riva, legenda francuskiego kina przechodzi samą siebie. Chcesz chłonąć każdą scenę jakby miała być ostatnią. Chylę czoła dla jej maestrii. Odarta z godności, naga (także dosłownie) pokazuje życie takim jakie jest. A często jest do... No właśnie. Trzeba mieć niezwykłą pewność siebie, dojrzałość i mądrość, którą nabywasz z wiekiem, by pokazać milonom widzów swoje stare, pomarszczone ciało, nieudolne, bezradne, które jednocześnie jest piękne, bo jest nasze. Przestańmy udawać, że jest inaczej. W dobie "idealnych" ludzi Emmanuelle chrzani wszystko i pokazuje ciało 80. latki i gwiżdże na wszystko. Jest w jej kreacji coś z buntu, co czyni z niej aktorką skończoną. No dobrze...mogłabym tak zachwycać się bez przerwy a przecież został nam jeszcze Jean- Louis Trintignant. Może gdyby nie Miłość nadal byśmy czekali na jego wielki powrót. Twarz naznaczona cierpieniem, kuśtykanie... To nie tylko maska stworzona na potrzeby filmu. Trintignant ledwo uszedł z życiem po ciężkim wypadku, w 2003 roku jego ukochana córka Marie została śmiertelnie pobita przez kochanka. Na wiele lat zaszył się w swej samotnii by ponownie nas uwieźć na wielkim ekranie. Nie było to zadanie łatwe. Haneke napisał rolę Georgesa specjalnie dla niego i nie wyobrażał sobie by któs inny mógł go zagrać. Dla Trintignanta to nie był tylko powrót filmowy i przypomnienie o sobie ludziom, była to także próba pogodzenia się z przeszłością. Ból i cierpienie możemy odczytać w jego oczach,gestach, ruchach. Jego gra jest tak piękna, że nie mogłam (nie chciałam) powstrzymać łez. Płakałam prawie przez cały seans a to chyba największa zapłata dla twórcy...Dziękuję.