07.03.2015

Kobiecy wieczór filmowy

Po dłuższej przerwie wracam z zapałem i nowymi pomysłami. Na początek coś z okazji Dnia Kobiet - filmy, mam nadzieję, nie tylko dla pań. Miłej lektury i seansu. Już niebawem na blogu pojawią się posty z codziennymi lookami. Cierpliwości. :)

Breakfast at Tiffany's (1961) dir. Blake Edwards
Nie znam dziewczyny, która nie zobaczyła choć raz "Śniadania...". Jeśli jednak jakimś cudem nie widzieliście tego filmu, to niezwłocznie nadróbcie zaległości. Pamiętam, że jako mała dziewczynka niesamowicie zachwycałam się obrazem Edwardsa i naturalnie Audrey Hepburn w roli Holly Golightly. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego Truman Capote- autor książki, na podstawie której zekranizowano "Śniadanie...", upierał się przy tym, by główną rolę grała Marylin Monroe. Dopiero gdy przeczytałam powieść i podrosłam, wszystko stało się jasne. W książce zakończenie jest zupełnie inne i zdecydowanie wolę wersję książkową, co więcej, choć fizycznie Marylin kompletnie nie pasuje mi do Holly, to charakterologicznie już jak najbardziej. Wróćmy jednak do filmu. Holly Golightly, mieszkanka Nowego Jorku, prowadzi beztroskie życie. Czas upływa jej na nieustannej zabawie, naciąganiu i uwodzeniu bogatych mężczyzn (mieszkając na Upper East Side na Manhattanie albo masz pieniądze, albo "kontakty"). Pewnego dnia do jej kamienicy wprowadza się Paul Varjak (George Peppard) - ambitny, młody pisarz i ... utrzymanek. Ta dwójka szybko znajduje wspólny język i zakochuje się w sobie. Jednak tak łatwo nie będzie, po drodze wyjdą skrywane sekrety, trudna przeszłość Holly, jej zamiłowanie do luksusu i wolności. Z tym wszystkim przyjdzie się zmierzyć naszym bohaterom. Każdy miłośnik mody i Nowego Jorku koniecznie musi znaleźć czas na seans. Stroje, które nosi Audrey Hepburn, są obłędne (do historii przeszła już legendarna "mała czarna"), stworzone przez Pauline Trigere i Huberta de Givenchy- tego pana chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Ah i ta muzyka Henry'ego Manciniego....zresztą nagrodzona Oscarem i to podwójnym!- za muzykę i piosenkę Moon River. Ujęcia Nowego Jorku zapierają dech w piersiach i nie ukrywam (nie będę na pewno oryginalna), że po tym filmie zapragnęłam zamieszkać w uroczej nowojorskiej kamienicy (nawet za sąsiada mogłabym mieć Pana Yunioshi- w tej roli kochany Mickey Rooney) i przechadzać się rano w pobliżu sklepu Tiffaniego, przegryzając przy tym croissanta. Film szybko zyskał status kultowego, rzesze fanów i po dzień dzisiejszy jest jedną z najchętniej oglądanych komedii romantycznych.

The First Wives Club (1996)dir. Hugh Wilson

"Zmowa pierwszych żon" jest adaptacją książki Olivii Goldsmith i, jak to często bywa, podzieliła widzów. U tych, którzy czytali powieść, słychać głosy sprzeciwu. Ja niestety nie miałam przyjemności zapoznać się z twórczością Pani Goldsmith, mimo to myślę, że trudno byłoby mnie zniechęcić do obrazu Wilsona. Choć daleko mi jeszcze do kobiety w średnim wieku, to z przyjemnością wracam do tego filmu i zawsze tak samo się wzruszam. Nasze bohaterki: strachliwa Annie (Diane Keaton), Brenda (Bette Midler), gwiazda filmowa Elise (Goldie Hawn) spotykają się po wielu latach na pogrzebie swojej przyjaciółki Cynthi, która popełniła samobójsto, po tym jak zostawił ją mąż. Na początku więcej je dzieli niż łączy, jednak z czasem dawna przyjaźń odżywa. Będą musiały zmierzyć się ze zdradami i oszustwami swoich mężów, w wyniku czego założą klub o nazwie "Zmowa pierwszych żon". Planują zemstę doskonałą, stopniowo wdrażając swój plan w życie. Ostatnia scena, w której trzy kobiety śpiewają i tańczą do piosenki Lesley Gore "You don't own me" zawsze mnie tak samo rozczula (choć nie lubię się do tego przyznawać). Film oprócz ewidentnego feministycznego tonu jest także pochwałą kobiecej solidarności i przyjaźni, która potrafi przetrwać próbę czasu.

Please Don't Eat the Daisies (1960) dir. Charles Walters

Doris Day jest niekwestionowaną gwiazdą komedii romantycznych i biada temu, kto się ze mną nie zgodzi. Jak głosi porzekadło: "Nie ma to jak stare, dobre kino". Może i amerykańskie komedie z lat 50. i 60. są naiwne, ludzie wyglądają idealnie jak z reklamy płatków śniadaniowych, może i mają piękne białe uśmiechy (bielsze zęby może chyba mieć tylko Ross z Przyjaciół), kobiety śpią w pełnym makijażu, a wszechobecny lukier wylewa się z ekranu, jednak jako typowy łasuch, zajadam się łakociami, aż poczuję ten satysfakcjonujący stan zen - pełne zadowolenie z seansu filmowego. Gdy patrzymy na Doris Day, to stanowi ona wręcz książkowy wzór tego, o czym powiedziałam przed chwilą. W wielu filmach gra jedną i tę samą rolę- przykładną panią domu, wyglądającą zawsze nienagannie (uwielbiam jej styl!), jednak w jakiś magiczny sposób zawsze chcę więcej, i jak to bywa ze słodyczami, takie filmy naprawdę uzależniają! "Nie jedzcie stokrotek" jest jedną z moich ulubionych komedii z przytoczoną wcześniej aktorką. W duecie z Davidem Nivenem gwarantuje prawie 2 godziny doskonałej zabawy. Larry Mackay (David Niven) jest uznanym nowojorskim krytykiem teatralnym. Wraz z żoną Kate (Doris Day) i czwórką synów mieszkają na Manhattanie. Z dnia na dzień Larry staje się najbardziej rozchwytywaną osobą w artystycznych kręgach. Coraz więcej czasu zaczyna spędzać na bankietach z filmową gwiazdą Deborah Vaughn (Janis Paige), która umiejętnie demonstruje przed nim swoje atuty. Pochłonięty przez wielki świat zaniedbuje rodzinę. Żona, która podejrzewa męża o zdradę, tak łatwo nie da za wygraną. W międzyczasie rodzina przeprowadza się do domku na obrzeżach miasta. Tam ambitna Kate postanawia wystawić z dziećmi sztukę i to nie byle kogo... Nieocenionym atutem filmu są piosenki wykonywane przez Doris Day jak: Que Sera, Sera czy Don't Eat the Daisies. Jeszcze długo po seansie będziecie je nucić.

*korekta: Magdalena Głowacka
*photo: tumblr