15.10.2014

Yves Saint Laurent (2014)- recenzja

Jak każdy miłośnik mody wyczekiwałam tego filmu jak kania wody. Choć w tym roku pojawiły się dwie biografie wielkiego projektanta, to tylko ten dostał błogosławieństwo Pierre'a Berge, kochanka Yvesa. Dzięki temu na ekranie możemy podziwiać oryginalne kreacje, które specjalnie na potrzeby produkcji zostały wyjęte ze specjalnej chłodni. Za realizację zabrał się Jalil Lespert, który dopiero stawia pierwsze kroki jako reżyser, a dla większości bardziej znany jest ze swoich ról filmowych (Zasoby ludzkie, Nie mów nikomu). Wyszło ani źle, ani dobrze. I zupełnie nie rozumiem zachwytów nad tym dziełkiem. Film ma linearną narrację, jest przejrzysty. Zgoda. Ale nie tego oczekuję, gdy mowa o tak charyzmatycznej, skrajnej postaci. Ekran powinien płonąć i powodować szybsze bicie serca. A tu zaserwowano nam danie z wyższej półki, tylko ktoś zapomniał dosolić i popieprzyć.


Film zaczyna się od sceny w rodzinnym domu Yvesa, w Algierii (jeszcze wtedy francuskiej). Młody chłopak przy wsparciu rodziny, a w szczególności matki, stawia pierwsze kroki w świecie mody. Mając zaledwie 17 lat, ląduje w Paryżu (wygrywa konkurs organizowany przez Woolmark) u samego Christiana Diora. Tu pod czujnym okiem mistrza uczy się swego przyszłego fachu. Niestety, w 1957 niespodziewanie umiera Dior. Przyszłość domu mody stoi pod wielkim znakiem zapytania. Kto teraz przejmie schedę po ikonie? Traf pada na zaledwie 21-letniego Yvesa. Jego pierwsza kolekcja budzi ogromny aplauz, choć nie brak przeciwników. Tu też poznaje Pierre'a Berge swego długoletniego partnera, największą miłość życia. I jak to zazwyczaj bywa, reżyser serwuje nam typową paryską pocztówkę. Przechadzki nad Sekwaną, potajemne pocałunki, obściskiwania... Idylla nie trwa jednak długo. Laurent dostaje powołanie do wojska, bierze udział w wojnie francusko-algierskiej o utrzymanie kolonii. To wydarzenie mocno odcisnęło swe piętno na nadwrażliwym Yvesie, który był prześladowany z racji swej orientacji. Po powrocie trafia do szpitala psychiatrycznego, traci stołek u Diora i musi zaczynać wszystko od nowa.
Z pomocą przychodzi Pierre Berge, a raczej jego kasa. Tak myślę sobie, że gdyby nie on, nie wiem czy dziś znalibyśmy w ogóle Yvesa, który miał skłonności autodestrukcyjne. Już pod własnym nazwiskiem kreuje markę, która za parę lat będzie stawiana na równi z Coco Chanel i zrewolucjonizuje damską modę.




I właśnie tego brakuje w filmie. Mody, która stanowi jedynie tło dla miłosnej historii pary kochanków. On go zdradza, potem wraca, znów go zdradza, w odwecie ten go zdradza, etc... Trochę jak w tanich romansidłach, lecz - o dziwo! - cały film się broni. Jest to niebywała zasługa doskonałych zdjęć, które zostały wykonane przez Thomasa Hardemeiera z namaszczeniem, smakiem i są pożywką dla oczu. Nie sposób też nie wspomnieć o muzyce (Ibrahim Maalouf), która zostaje z nami jeszcze długo po seansie. Na uwagę zapracował Guillaume Gallienne wcielający się w Pierre'a Berge. Z ról drugoplanowych pochwała się należy Charlotte Lebon jako Victoire Doutreleau i Nikolai Kinski w roli Karla Lagerfelda. Na deser zostawiłam sobie Pierre'a Niney, nadzieję francuskiego kina, najmłodszego aktora w prestiżowej Comedie Francaise. Szalenie przystojny Pierre kradnie całe show. I choćby z tego względu warto obejrzeć obraz. Aż gęba się cieszy, gdy tak młody chłopak (ma zaledwie 25 lat) gra jak weteran kina. Jest zdumiewający i niezwykle charyzmatyczny. Do roli przygotowywał się miesiącami, pobierał lekcje rysunku, szycia, miał nawet osobistego trenera sportu. W ostateczności zmienił nawet tembr głosu. który do złudzenia przypominał ten Yves Saint Laurenta. Końcowy rezultat wzruszył samego Pierre'a Berge.



Film Jalila Lesperta ma potencjał, ale na chęciach się kończy. Nie wiem czy to obecność Pierre'a Berge na planie, czy z innych powódek temat poszedł w zupełnie inną stronę. Yves żył w niewątpliwie ciekawych czasach, epoce wielkich przemian, sam też stanowił nietuzinkową postać, jednak tego w dziele jest najmniej. Zarys psychologiczny postaci jest potraktowany bardzo powierzchownie, ot zmagania z depresją, trudną naturą i zawirowaniami miłosnymi, wszystko okraszone solidną dawką alkoholu, narkotyków i seksu. Za dużo też Pierre'a w Yvesie, momentami zastanawiałam się czy reżyser jemu nie stawia laurki. Mimo ewidentnie niewykorzystanych możliwości obraz warto zobaczyć. Jest to kameralny dramat, historia miłosna, która wielu może się spodobać, a co najważniejsze zagrana jest na najwyższych tonach. Ale jeśli ktoś powie mi, że jest to źródło wiedzy o modzie, to chyba go wyśmieję. Racja, użyczenie nam oryginalnych kreacji YSL stanowi wielki atut, jednak stanowią one jedynie element scenografii, a przecież za każdą z tych kreacji stoi cała historia: rewolucyjna sukienka trapez z motywem Mondrianowskim, wprowadzenie kobiecych smokingów... Są to przełomowe projekty, które wymagają szerszego komentarza, tak samo jak ososbowość YSL. Zatem, Widzu, jeśli jesteś fashion victim odsyłam Cię do Pret-a-Porter Roberta Altmana, czy Kim jesteś Polly Maggoo Williama Kleina, a ten film potraktuj jako dramat miłosny. Niestety, tylko dramat.

*korekta Magdalena Głowacka
*pics tumblr
Polub Nas na Facebooku