18.08.2014

Wakacje Mikołajka. Suchar w chaosie.

Od najmłodszych lat zaczytywałam się w historiach Mikołajka autorstwa Rene Goscinnego i podziwiałam przeurocze rysunki Jean-Jacquesa Sempe. Tym bardziej z nieskrywaną radością nie mogłam doczekać się pierwszej części, która powstała w 2009 roku. Zaznaczę, że oglądałam po francusku, co będzie istotne potem przy opisie sequela. Mikołajek mnie nie rozczarował, choć książka i tak wygrywa. Wielkim plusem są komiczni rodzice chłopca grani w dwóch częściach przez tych samych aktorów: Kada Merada i Valerie Lemercier. Na brawa zasługują koledzy ze szkoły Mikołajka jak i sam bohater. Udało im się stworzyć zgraną paczkę, są naturalni, są "jacyś", z charakterem i miło się ich ogląda na ekranie, a w szczególności Victora Carlesa jako gapowatego Kleofasa. Sandrine Kiberlain w roli wychowawczyni jest ujmująca. Jeśli są niedociągnięcia i braki to wybaczamy to Laurentowi Tirard, bo klimatyczny obraz nastraja nas pozytywną energią i ma się ochotę do niego wracać.


A teraz przejdźmy do mniej przyjemnych spraw. Konkretnie do Wakacji Mikołajka. Po pierwsze nie rozumiem, dlaczego twórcy tak długo zwlekali z kolejną częścią zamiast iść za ciosem. Po drugie za dużo sobie obiecywałam po tym filmie. Po trzecie po jaką cholerę poszłam na film z dubbingiem!!! Króciutko zarysuję fabułę. Koniec roku szkolnego. Dzieciaki wyjeżdżają na wakacje. U "mikołajków" jak zwykle dochodzi do konfliktu czy w góry, czy nad morze. Mama Mikołajka zgadza się na morze pod warunkiem, że pojedzie z nimi jej mama. I tu dochodzi do pierwszego zgrzytu. Teściowa-zięć. Serio? Francuzów stać na więcej, są mistrzami komedii, a tu widzimy odgrzewany kotlet i to nie pierwszej świeżości. Lądują w Bretanii, chłopiec poznaje nowych kolegów. Drugi zgrzyt. Dzieciaki są po prostu słabe. Jednak to nie wina ich, a źle zarysowanych postaci - bez pomysłu, bez szczególnych cech, bez wyrazu. Wątków przeplata się w filmie tysiące i żaden z nich jest niedokończony. W rezultacie otrzymujemy nierówny obraz, pełen niedomówień. Scena, w której tato Mikołajka ucisza chrapiącą babcię, jest jedną z tych, która najbardziej doprowadza mnie do szału. Ten żart już widziałam, tylko w innym filmie i w lepszym wydaniu. To, co Louis de Funes wyprawia w Wielkiej Włóczędze, to majstersztyk. Niestety mimo usilnych prób Kad Merad przegrywa. Wszak geniusz jest tylko jeden. Historia włoskiego reżysera, który odnajduje w mamie Mikołajka swą muzę, jest zdecydowania najgorszą w całym filmie. Nie wspomnę o dziwnych i niezrozumiałych epizodach typu: Rosół jako jedyny paryżanin w Paryżu podczas wakacji, Niemka flirtująca z tatą Mikołajka, etc... Broni się natomiast wątek ze starym kolegą ze szkoły, który rzeczywiście jest zabawny i wywołuje szczery uśmiech zadowolenia. Porozmawiajmy o dubbingu... Filmy z dubbingiem najczęściej omijam szerokim łukiem. Zgoda, istnieją takie, gdzie dubbing jest zrobiony po mistrzowsku, ale można je policzyć na palcach jednej ręki. W Mikołajku jest chyba antyreklamą i moim argumentem, dlaczego lepiej oglądać filmy w oryginale. Kompletnie niedopasowany! Brakowało mi też muzyki. Skoro już przestylizowali obraz (wszystko jest za bardzo retro), to i w kwestii piosenek mogli zaszaleć. Czy polecam pójście na seans? Hmmm, jeśli ktoś czytał książkę lub oglądał pierwszą część będzie czuł niedosyt i rozczarowanie. Na pewno nie jest to film dla dzieci poniżej 10 roku życia. Z prostej przyczyny, nie nadążają za zmieniającą się fabułą. Mimo rażących niedociągnięć i "sucharów" można się wybrać w ramach odstresowującego wieczoru.


*korekta: Magdalena Głowacka
*pics: tumblr