09.09.2013

Powrót do przeszłości I. Kiedy pierwszy raz ujrzałam Nowy York...Pogromcy duchów (I, II)

Niedzielne przedpołudnie. Miałam niespełna 4 lata, gdy po raz pierwszy zobaczyłam na ekranie Pogromców duchów (I część 1984, II część 1989) Ivana Reitmana...i nie tylko ich... Nowy Jork, tak piękny i czarujący, gra świateł, mgła, doskonale oddały aurę metrpolii z lat 80. Oszołomił mnie swą potęgą i rozmachem... W jednym momencie zapragnęłam tam się przenieść, to uczucie pozostaje do dziś...
Dość z tym sentymentalizmem! Przejdźmy do rzeczy. Pierwsza część Pogromców to było niesamowite wydarzenie, byłam już po kilku seansach filmowych, jednak zazwyczaj to były nieme komedie Charliego Chaplina ( najcudowniejsze filmy pod słońcem!), a tu taka zmiana. Pokochałam trójkę szalonych łowców duchów. Jednak czym byłaby komedia bez genialnego Billa Murraya w roli doktora Petera Venkmana? Majstersztyk. Dan Aykroyd (współscenarzysta) grający doktora Raymonda Stantza i Harold Ramis (również wspólscenarzysta) jako doktor Egon Spengler tworzą z Murrayem przekomiczne trio. To nie przypadek, że widzimy pomiędzy nimi taką chemię na ekranie. Bill i Dan to starzy kumple, którzy występowali razem w Second City w Chicago ( między innymi z Johnem Belushim, który gdyby nie przedwczesna śmierć grałby Venkmana) a następnie w Saturday Night Live- kuźni komediowych talentów: Billy Crystal, Chevy Chase, Joan Cusack, Robert Downey Jr., mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Mamy, więc do czynienia z komedią rodem z barów stand upowych, w najlepszym wydaniu. Jednak bądźmy obiektywni Bill kradnie całe show, ale Aykroyd świetnie go uzupełnia.


Nie zapominam też o reszcie obsady. Sigourney Weaver jako Dana Barrett, opętana przez starożytnego ducha Gozera, w której domu (a tak naprawdę całej kamienicy) mieści się międzywymiarowe źródło kontaktu z duchami. Weaver jest już po kasowym sukcesie Obcego - 8. pasażera "Nostromo" (1979) Ridleya Scotta, tak więc ekipa nie jest przypadkowa, aktorzy zostali starannie dobrani, w szczycie swoich możliwości i popularności. Jej nachalnym sąsiadem jest Louis Tully, czyli nikt inny jak kanadyjski komik Rick Moranis (i kolejny współscenarzysta). Nic wam to nie mówi? A Wayne Szalinski z "Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki" [1989] ? Czy też Lord Hełm (lub Hełmofon,w zależności od tłumaczenia) z Kosmicznych Jaj (1987) Mela Brooksa? Louis pod wpływem złych mocy staje się Klucznikiem i szuka Strażnika (Sigourney Weaver), z którym mogłby pomóc Gozerowi przedostać się do naszego świata. To, co Moranis wyprawia na ekranie jako Klucznik, jest poezją! Oglądając, zawsze płaczę ze śmiechu (najlepsze dialogi z filmu w dalszej części). Rick Moranis niestety wycofał się z filmu w 1997. Gdy w 1991 zmarła jego żona próbował pogodzić rolę ojca (ma dwójkę dzieci) z byciem aktorem, komikiem i nie mogąc robić dwóch rzeczy naraz poświęcił się dla rodziny (jeszcze bardziej go lubię), możemy natomiast od czasu do czasu usłyszeć jego głos w bajkach (Mój brat niedźwiedź). W II części z przykrością muszę stwierdzić, że jako Louis Tully już tak bardzo nie bawi, rola jest baaaardzo naciągana, tym bardziej nie wiem, co ma znaczyć chęć bycia pogromcą (cały czas mowa o II części) i ten dziwny romans z sekretarką Janine Melnitz (graną przez Annie Potts w I i II części). W II części Pogromców spotykamy znanego z Ally McBeal Petera MacNicola jako doktora Janosza Poha. Czy jest śmieszny? A czy II część kogoś bawi do rozpuku? Nie. Może mimika twarzy, od czasu do czasu, i dziwny akcent, jednak jako dziecko bardziej mnie przerażał, jego gra jest lekko wymuszona, tak samo jak kilka lat później w Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm (1997), gdzie stanowi pejżaż dla Rowana Atkinsona i gdybym teraz Wam o tym nie przypomniała, z pewnością nikt by nie pamiętał, że grał z Atkinsonem. Prawda? Mimo to Peter jest niezwykle utalentowany, czasem wydaje mi się, że przedobrza i już. 
W filmie pojawia się również Ernie Hudson w roli Winstona Zeddemore'a- czwartego pogromcy, jest przeciętny (ciężko zawładnąć ekranem, gdy jest taka obsada), jednak jego postać mimo małego wkładu (małego? przecież walczy z duchami!) jest sympatyczna, 3 pogromców byłoby za mało, zazwyczaj jest to parzysta liczba (aby każdy miał parę), widz lubi harmonię, tak więc naturalnie wpasowuje się w format.


Poznaliśmy już obsadę. Zapoznajmy się z fabułą. Ta nie jest wielce skomplikowana. W I części spotykamy Stantza, Venkmana i Spenglera, trzech zakręconych doktorków, którzy pracują na uniwersytecie. Niestety, uczelnia nie zamierza dłużej sponsorować ich niedorzecznych badań i dziękuje panom za współpracę. Lądują na bruku. W takiej sytuacji postanawiają założyć firmę, która będzie się zajmowała profesjonalnym łapaniem duchów. Biznes zaczyna szybko przynosić korzyści (przyłącza się do nich Zeddemore) za sprawą szalejących zjaw po Nowym Jorku. Pierwszą klientką jest Dana Barrett, w której mieszkaniu dochodzi do paranormalnych zdarzeń. Venkman - czaruś - szybko ulega urokowi młodej artystki i zaczyna flirtować. Jak dobrze wiemy, jego podchody będą na tyle owocne, że na samym końcu zostaną razem. Z minuty na minutę złe moce zataczają coraz szersze kręgi, miasto staje w obliczu niespotykanych dotąd zjawisk. Tylko czwórka śmiałków może zmierzyć się z duchami i naturalnie udaje im się to. II część nie trzyma niestety wcześniejszego poziomu. Gra jest dużo słabsza, a śmiech wymuszony. Ewidentnie twórcy skupili się bardziej na stronie wizualnej. Efekty specjalne są lepszej jakości, ale dla mnie to jedynie zabiera cały urok. Te bardziej prymitywne (nie bójmy się urzyć tego słowa) przywołują na myśl kino klasy Z, no może troszkę przesadziłam, Eda Wooda nic ani nikt nie przebije. Przed oczami mam Godzillę: Króla Potworów (1954). Zabawkowe efekty są kwintesencją kiczowatych lat 80. i niesamowicie wprawiają mnie w nostalgiczny nastrój. Historia kontynuacji jest zbliżona do pierwowzoru. 5 lat po ostatnich wydarzeniach czwórka kumpli zostaje bezrobotna, dorabiają na okazyjnych imprezach okolicznościowych i prowadzą sklep okultystyczny. Jedynie Venkman (a któż by inny) zostaje gwiazdą telewizji, prowadząc program o zjawiskach nadprzyrodzonych. Jednak i tu nie jest łatwo. O pogromcach dawno wszyscy zapomnieli, a nawet chodzą słuchy o wielkim oszustwie, dzięki któremu stali się bohaterami. Dana porzuciła Petera po tym jak nie przejawiał inicjatywy w ich związku i przedstawiał ją "Moja Stara". Wyszła za mąż, urodziła dziecko, rozwiodła się, teraz maluje, a jej nauczyciel doktor Janosz bez rezultatów próbuje umówić się z nią na randkę. Duchy znów dają o sobie znać za sprawą czarnoksiężnika Viga i po raz kolejny pogromcy muszą udowodnić, że tylko oni nadają się do tej brudnej roboty.

  
 

Czym byliby Pogromcy duchów bez sztandarowej piosenki Ghostbusters Raya Parkera Jr.? A czym byłby Ray Parker Jr. gdyby nie Huey Lewis And The News? Tak właśnie dzięki ich piosence I Want A New Drug Ray zyskał rozgłos. Posądzono go o plagiat, piosenka z filmu nominowana była do Oscara!!!! (wygrał Stevie Wonder z piosenką I Just Called To Say I Love You z filmu The Woman In Red). Zaczęła się walka w sądzie. Wszystko rozeszło się po kościach. Panowie zakończyli proces polubownie (swoją drogą niezłą kasę musieli dostać). W 2001 roku Parker wniósł akt oskarżenia przeciwko Lewisowi za niedotrzymanie warunków umowy i mówienie publicznie o całej aferze. Co potem się stało?? Niewiele wiem na ten temat, sądzili się, występowali w programach etc. Prawda jest taka, że cokolwiek Lewis by nie zrobil, to i tak Ghostbusters cieszyli się większym rozgłosem (wystarczy zobaczyć liczbę wyświetleń na youtube).
Osobiście wolę plagiat (jak to brzmi!), świetny, klimatyczny teledysk z udziałem gwiazd: Chevy Chase, Peter Falk, Danny DeVito etc... Reasumując, film nie istnieje bez piosenki i vice versa.



To co najlepsze w filmie Ivana Reitmana to dialogi!!!! Jak się tu dziwić, skoro do scenariusza zasiadają komicy?? Zgoda, II część jest poniżej oczekiwań, ale to, co dzieje się w I, to totalna eksplozja śmiechu! Już pierwsze sceny każą nam twierdzić, że zaraz wsiądziemy na rollercoaster i popędzimy na sam szczyt komicznych możliwości ekipy. Przesłuchanie bibliotekarki to perełka, brzmi mniej więcej tak: 
Venkman (tak, raczej to był on):
 - Czy Pani lub ktoś z Pani rodziny został uznany za niepoczytalnego? 
Bibliotekarka: 
-Wujek uważał się za św. Hieronima
- To się nazywa twierdząca odpowiedź 
- Czy ma Pani teraz miesiączkę? (kobieta gruuuuubo po 60-tce) 
Spengler: 
- Co to ma do rzeczy?
- Odejdź człowieku jestem uczonym 
Pogromcy duchów są nafaszerowani takim humorem, więc nie ma sensu przytaczać poszczególnych scen, ponieważ musiałabym przepisać cały scenariusz. Jednak pozwolę sobie na jeszcze kilka śmiesznych cytatów (nie są ze sobą powiązane).
- Powinniśmy się rozdzielić. 
- Dobra myśl. Dokonamy większych zniszczeń. 
Louis Tully reagując na bestię w sypialni:
- Kto przyprowadził psa?? (...) Ratunku!!! W moim mieszkaniu jest niedźwiedź!!!! Zgłoszę wspólnocie!! Nie można trzymać dzikich zwierząt!!
- W tym tygodniu udzielamy zniżkę na ładowanie broni i przechowywanie pokraki. 
Nic tylko oglądać. Od kilku lat chodzą słuchy o III części. Scenariusz jest już gotowy. Obsada naturalnie ma być ta sama, i tu pojawiają się schody. Dokładnie mowa o Billu Murrayu. W 2012, a może w 2011 roku Aykord zakończył pisanie scenariusza i zaczął zbierać ekipę. Bill nie jest zadowolony z ogólnie przyjętej koncepcji, tłumacząc, że II część była słaba, a nowy scenariusz również jawi się marnie. Dan zaakceptował słowa krytyki i wziął się do roboty. Na początku tego roku znów doszło do pertraktacji z Murrayem i znów zakończyły się one niepowodzeniem. Mimo wszystko film ma powstać. Zdjęcia ruszają w 2014 roku, czas pokaże czy Murray się mylił.


Tekst zaczęłam od wyznania mojej dozgonnej miłości do Nowego Yorku i na tym również zakończę. Można bardziej lubić I część od II, ale z jednym każdy z Was musi się zgodzić. Z ekranu przeszywa nas uwielbienie twórców do tego miasta, które w obu częściach odgrywa znaczącą rolę. Scena, w której Stantz i Zeddemore (na dobrą sprawę nie pamiętam kto siedział w aucie) przemierzają Most Brookliński skąpani w zamglonym słońcu jest bajeczna (I część). Czuć atmosferę nowojorskości. Nie jest to laurka złożona miastu. Pokazane są prawdziwe zachowania ludzkie, wielokulturowość, często brud i zakłamanie. Nowy York ukazuje nam swoje prawdziwe oblicze, nie zawsze idealne i przeważnie odbiegające od wyobrażeń. Jednak tak jak pisałam o Paryżu u Klapischa (Francuskie kino I) to ludzie budują atmosferę miasta. Wielobarwność, różnorodność buduje NY jako ostoję dla imigrantów, artystów, indywidualistów, taki właśnie był wtedy Nowy York - ekscentryczna mieszanka osobowości na czele z Andy Warholem i Studiem 54. Zeddemore kończy film słowami "Kocham to miasto!", a jeśli ktoś jeszcze nie oglądał Pogromców to szybko niech nadrabia stracony czas!! Przyjemnego seansu.

*korekta Magdalena Głowacka
*pics tumblr