18.05.2013

Francuskie kino I

Odkąd sięgam pamięcią interesuje mnie wszystko co francuskie: moda, film, muzyka, literatura, ciasto...
Był taki czas kiedy mój telewizor nic innego nie odbierał tylko stacje tv5monde ( potrafię być męcząca ). Dzięki temu kino francuskie poznałam od najlepszej strony. Zawsze zastanawiał mnie fenomen komedii francuskich, jak i samego kina. Może to język? Bezpretensjonalność? Naturalność i swoboda z jaką grają? Często łapię się na tym, że prawie z każdym bohaterem mogłabym się zaprzyjaźnić...a nawet zamieszkać! Nie bez znaczenie są też miejsca: weteranem jest bez wątpienia Paryż, chyba najbardziej urokliwe miejsce pod słońcem! Francuzi są dumni ze swojego kraju i potrafią pokazać jego piękno. Nie udają. To co polskiej komedii (coś takiego istnieje?? myślałam, że zginęła dawno temu...) brakuje to prawdy.
Nasze filmy są marną kopią zachodnich (tego nawet pastiszem nazwać nie można :/), przepych i bogactwo tak "daje po oczach", że przed seansem powinni na biletach dodawać ostrzeżenie. Widza nie da się oszukać (dobra da sie, ale akurat mam na myśli drugi rodzaj: ludzi rozumnych), brakuje nam realistycznego podejścia do tematu, a co niektórym talentu...Zamiast marnować czas i zastanawiać się "co autor miał na myśli?" zrelaksujmy się przy francuskim filmie.

     http://www.tumblr.com/tagged/france

Paris po naszemu Niebo nad Paryżem (2008) ;) Cédric'a Klapisch'a to 100% Paryża w Paryżu, gdzie główną rolę gra...Paryż. Spokojnie, nie jest to banalny film gdzie reżyser ukazuje nam wzruszające widoki kawiarenek, piekarni, wieży Eiffla i zakochanych na mostach...Cedric wychodzi z tego boju zwycięsko dzięki postaciom, które są z krwi i kości. Obsada jest wymarzona: Juliette Binoche w roli zapracowanej matki i siostry Pierre'a ( w tej roli czołowy aktor Klapisch'a- Romain Duris ),który czeka na przeszczep       serca, mój ukochany François Cluzet ( znacie go z Nietykalnych ) jako brat starego kawalera, profesora   Roland'a Verneuil'a- znakomity Fabrice Luchini (dla jego popisów tanecznych trzeba zobaczyć ten film!) uganiający się za młodą studentką Laetitią (Mélanie Laurent)...Postaci i historii jest dużo, dużo więcej jednak ta wielowątkowość wcale nie przeszkadza, wszystko doskonale składa się na całość. Nie spodziewajcie się happy end'u, reżyser pozostawia nam furtkę do domysłów i pozwala każdemu zakończyć historię według własnych upodobań. Klapisch pokazuje nam inny Paryż- ludzki, gdzie o jego wyjątkowości nie stanowi tylko historia i zabytki. Fenomen miasta tłumaczy fenomenem ludzi tam żyjących, z różnych zakątków świata, z problemami, często nie do rozwiązania, gdzie tragedia ściera się z komedią, w codzienności i wielokulturowości odnajduje magię metropolii. Przepiękna jest ostatnia scena, gdzie...no właśnie gdzie? co i jak? to już każdy z was musi zobaczyć :).

   
http://www.tumblr.com/tagged/paris%20movie


16.05.2013

A było ich siedmiu...

Western jest gatunkiem uwielbianym lub znienawidzonym. Ignoranci wybiorą zapewne największe szmiry gatunku, albo zaczną od Wild Wild West (koszmar!) i tradycyjny western będzię wręcz nie do przyjęcia, albo swą edukację filmową rozpoczną "zacnym" Billy the Kid vs. Dracula (już sam tytuł sugeruje totalną głupotę) i na tym ich wiedza na temat gatunku się kończy...Temat westernu jest prosty i bazujący na nieskomplikowanej fabule, gdzie dobro odwiecznie walczy ze złem, a stałymi wartościami przekazywanymi z filmu na film są: poświęcenie, honor...
Jednak nie o westernie jako gatunku miałam pisać, a o jednym z najważniejszych filmów mojego dzieciństwa. Przedstawiam  Siedmiu wspaniałych (1960) John'a Sturges'a.


Zaczęło się całkiem niewinnie...kilka odcinków Doktor Quinn, Domku na prerii i... zwariowałam na punkcie Dzikiego Zachodu! Mój dziadek (chyba największy fan western'ów), dostrzegając we mnie potencjał ;) podrzucił mi listę najciekawszych western'ów i tak oto odkryłam jeden z najważniejszych dla mnie filmów! Nie, nie spokojnie nie zamierzam spoilerować ( a jestem w tym dobra :/ ) pokażę tylko, dlaczego warto oglądać klasykę. Siedmiu wspaniałych jest to remake kultowych Siedmiu samurajów (1954) Akiro Kurosawy, filmu doskonałego, zachwycającego...Rodzi się, więc pytanie, po co amerykańska wersja? Kto ma czelność mierzyć się z legendą?
Amerykanie lubią robić wszystko po swojemu ;), gdy w 1960 roku uzyskali prawo do nakręcenia filmu według scenariusza do Siedmiu samurajów szybko wzięli się do roboty. Reżyserię powierzono zaprawionemu w boju John'owi Sturges'owi, który wyrobił sobię markę po pamiętnym Czarnym dniu w Black Rock (1955), jednak zadanie było trudne, temat wprawdzie pozostawał ten sam, ale zamienić czarno-biały film przygodowy na kolorowy western? To mógł zrobić tylko szaleniec.
Oczywiście, gdy po latach obejrzałam Siedmiu samurajów Kurosawa wygrywa w tym zestawieniu, jednak amerykańską wersję dażę większym sentymentem. Zaskakujące jest to,że mimo pośpiechu w realizacji film nie tylko nie stał się profanacją japońskiej wersji, ale zyskał fanów na całym świecie i otrzymał status kultowego. Mówiąc o Siedmiu wspaniałych nie mogę pominąć osoby Elmer'a Bernstein'a- kompozytora, któremu film poniekąd zawdzięcza swój sukces. Do dziś nie mogę uwierzyć jakim cudem to Ernest Gold otrzymał Oscar'a za Jeźdźca ?!( muzyka jest tak patetyczna, że tylko czekam aż rozstąpi się przede mną Niebo ;) ) Tak, Siedmiu wspaniałych nie istniałoby bez tej cudownej melodii! Jednak jest jeszcze jeden powód, a raczej osiem: siedmiu wspaniałych i jeden zły.


To nie lada gratka spotkać w jednym filmie tyle gwiazd, ikon ówczesnego kina! Przedstawię panów następująco ;) : szef naszej wspaniałej siódemki, szlachetny, charyzmatyczny Chris Adams- w tej roli Yul Brynner (czy tylko mi przypomina Vladimira Putina? ;) ), niebezpieczny i sprawnie władający rewolwerem Vin, którego gra Steve McQueen, zapomniałam dodać PRZYSTOJNY Steve McQueen ;), zachłanny Britt-James Coburn, Bernardo O'Reilly, który najlepiej zdaje sobie sprawę w jakim znalazł się położeniu-świetny w tej roli Charles Bronson, owładnięty obsesją złota Harry Luck grany przez Brad'a Dexter'a, narwany, nie mający pojęcia o życiu Chico-Horst Buchholz i ostatni z siódemki ( mój ulubieniec) wątpiący w swoje siły Lee, którego gra Robert Vaughn, w czarny charakter- bandytę imieniem Calvera wcielił się Eli Wallach( zbliża się do setnych urodzin!). Jednak każda z postaci jest niejednoznaczna i nawet Calvera nie jest zwykłym łotrem...

Widzimy meksykańską wioskę i ludzi nękanych przez bandę oprychów, jest więc bardzo typowo źli-bandyci, dobrzy-biedacy...ale do głosu dochodzą Ci trzeci...Rewolwerowcy wynajęci przez mieszkańców, którzy mają uporać się z bandą Calvery. Siedem różnych osobowości postanawia podjąć się wyzwania...wspaniałomyślność? A gdzie tam! Oczywiście prawie każdemu chodzi o pieniądze! Jednak z czasem każdy z nich robi rozrachunek z dotychczasowym życiem, odkrywa pokłady człowieczeństwa, o których nie miał pojęcia, i wartości, które były mu obce...Walczą nie tylko z bandytami i pomagają biedakom, ale staczają największy bój: z własnymi słabościami...
Jak widać nie trzeba być Ben-Hur'em aby otrzymać status "klasyka". Dla tej klasyki warto zasiąść przed ekranem i obejrzeć odwieczną walkę dobra ze złem ( spokojnie wątek miłosny też jest ;p), jest to kino w czystej postaci: szlachetne, naiwne (POZYTYWNIE) gdzie prawda i miłość triumfują...
Niech zachętą będzie jeden z moich ulubionych cytatów z filmu:
"Nie masz żony, domu ani dzieci. Nie masz przyszłości ani przeszłości. Nie masz przyjaciół i nie masz wrogów, "żywych wrogów". Cmentarze są pełne młodych i dumnych. Tylko głupiec popełnia dwa razy ten sam błąd..."