05.07.2015

"Niemieccy chłopcy też czasem płaczą". Cud z Berna (Das Wunder von Bern,2003),reż.Sönke Wortmann

Niemieckie kino co jakiś czas ukazuje obrazy, które próbują rozliczyć się z niechlubną przeszłością narodu. Wortmann w swoim filmie, który śmiało można zaliczyć do familijnego, przenosi nas do lat 50., a dokładnie do 1954. Pod pozorem ukazania codziennych perypetii rodziny Lubanskich odkrywa boleśnie skrywane problemy tamtego pokolenia.
Znajdujemy się w małym miasteczku w Zagłębiu Rurhy, w RFN. Zdjęcia niczym z Billy'ego Elliota (reż. Stephen Daldry,2000), ponura rzeczywistość, kopalnie, wszystko pokryte węglem i smołą. W tym świecie zalanym szarością mieszka Matthias Lubanski (Louis Klamroth) wraz z matką Christi (Johanna Gastdorf), która prowadzi bar, siostrą (Birthe Wolter) i bratem (Mirko Lang). Christa samotnie próbuje wychować dzieci i utrzymać dom, jej mąż Richard (Peter Lohmeyer) od 11 lat przebywa w obozie jenieckim na Syberii. Mimo przeciwności losu wiodą spokojne i poukładane życie. Najmłodszy syn Matthias jest zapalonym kibicem piłkarskim, przyjaźni się z piłkarzem Helmutem Rahnem (Sascha Goepel), którego traktuje jak ojca. Niestety ta (jakby nie patrzeć) sielanka się kończy. W wyniku amnestii do kraju wraca Richard. Po tak wielu latach jest obcym wśród najbliższych, o istnieniu najmłodszego syna nawet nie wiedział. Nie mając pojęcia jak ma się zachowywać po latach rozłąki, zaczyna wprowadzać rygor i niszczyć rodzinę...
Matthias zaczyna przeżywać euforię związaną ze zbliżającym się Mundialem w Szwajcarii...
Jako ciekawostkę dodam, że prywatnie Peter Lohmeyer jest ojcem Louisa Klamrotha.

*pics

02.07.2015

Niebo nad Luizjaną (My Louisiana Sky), reż. Adam Arkin, 2001

Znacie to uczucie kiedy przychodzicie do domu zmęczeni, kładziecie się na kanapie, sięgacie po pilot, błagalnym wzrokiem patrzycie w ekran i czekacie na cud? Skaczecie po kanałach w nadziei, że nie dadzą powtórek albo filmu z serii "okruchy życia". Też tak miałam. Dziś w dobie dostępu do wszystkiego ( i niczego) jest łatwiej, gdy nie chce mi się ruszyć zadka z kanapy (a tak bywa) włączam co mam pod rękom (a zazwyczaj w odtwarzaczu "siedzi" mój kochany Louis de Funes).  Popołudniowe seanse, tym bardziej w tygodniu, to prawdziwa gra w ruletkę, można zobaczyć niezły film, ale bywa i tak, że dają takie dno, że po kilku minutach nie wiesz czy to film Ci się spodobał czy fascynuje Cię Twój masochizm?
Kilka lat temu miałam niezwykle trudny dylemat. Przyszłam ze szkoły, żarcie stygnie (a wiadomo, że jedzenie najlepiej smakuje przy tv), ręce zaczynają mi się pocić, bo nie zjem przecież dopóki czegoś nie znajdę. Leci właśni powtórka Klanu, Detektyw w sutannie, Samuraj Jack i... Zaczyna się jakiś film, fajny tytuł, zdjęcia niczego sobie, wiejska sielanka, lata 50. ... Wchodzę w to!
Owy obraz zwie się "Niebo nad Luizjaną" i od samego początku urzekł mnie swą słodką naiwnością, klimatem beztroski i błogości.
Główna bohaterka nazywa się Tiger (Kelsey Keel), mieszka z rodziną na farmie. Rodzice dziewczyny są opóźnieni w rozwoju, dlatego musi być nad wyraz dojrzała jak na swój wiek. Jak wiadomo to przyjaciół nie zjednuje. Jej jedynym towarzyszem zabaw jest Jesse (Michael Cera) a powiernikiem babcia. Niestety pewnego dnia seniorka rodu umiera i na Tiger spadają wszystkie obowiązki. Pewnego razu z miasta na farmę przyjeżdża ciotka Dorie Kay (Juliette Lewis), dziewczynka jest pod wielkim urokiem jej "miastowych" manier i elegancji. Stanie przed trudnym wyborem zostać w mieście, który ją fascynuje czy wrócić do swego ukochanego miejsca na ziemi i stawić czoła przeciwnością... Film jest cudny. Nie jest to wielkie kino (zresztą jest to produkcja telewizyjna i jak dobrze pamiętam powstała na zlecenie kanału Hallmark), ale niewątpliwie ma swój urok. Ogromny plus za grę aktorską.Po takim seansie człowiek uśmiecha się sam do siebie. Polecam!


*pics:
https://charlespaolino.wordpress.com/tag/my-louisiana-sky/
http://mojtv.hr/film/5130/nebo-moje-louisiane.aspx

30.04.2015

Propozycje filmowe na długi weekend.


Przed nami majówka. Nie namawiam Was na bezczynne siedzenie przed telewizorem, ale w ramach nadrobienia zaległości filmowych możecie poświęcić jeden wolny wieczór, no może dwa. Specjalnie wybrałam filmy, przy których miło spędzicie czas, kino przyjemne, ale z morałem, przecież nie poleciłabym Wam niczego niegodnego uwagi. Życzę udanego weekendu i wypoczynku!

Mów mi Vincent (St. Vincent ), 2014, dir. Theodore Melfi

Temat dobrze znany w kinie. Mamy starszego faceta (Bill Murray) z problemami, niezbyt przyjemnego dla 
otoczenia, wszystko się zmienia gdy do domu obok wprowadza się samotna matka (Melissa McCarthy) z synem Oliverem (Jaeden Lieberher). Zgorzkniały tetryk w celu zarobienia kilku groszy (chodź słysząc jaką stawkę sobie żąda to nie "takie grosze") oferuje swoje usługi jako... opiekunka chłopca. Zapracowana Maggie przystaje niechętnie na ten układ. Zagubiony i niepewny Oliver szybko zaprzyjaźnia się ze swym gburowatym sąsiadem Vincentem, który pod szorstką warstwą skrywa wrażliwą naturę. Bill Murray jak zwykle doskonały, udowadniając, że i w komedii, i dramacie czuje się jak ryba w wodzie. Warto zwrócić uwagę na Jaedena Lieberhera, który godnie partneruje Billowi.

Wielkie oczy (Big Eyes), 2014, Tim Burton

Film Tima, a jednak nie mamy 100% Burtona w Burtonie . Dla fanów Kalifornijczyka może być rozczarowaniem, choć jak zapomnimy kto reżyseruje to okazuje się, że to dobry kawałek kina. Temat iście burtonowski, wykonanie już mniej. Aha i Deepa nie ma, choć ja akurat z tego powodu nie rozpaczam.
Wszystko wydarzyło się naprawdę, w latach 60. ubiegłego wieku. Artystka Margaret (Amy Adams) maluje portrety dzieci o nieludzko wielkich oczach, swe prace wystawia na skwerku, gdzie poznaje Waltera Keane'a (Christoph Waltz), który również podaje się za malarza. Wkrótce ta dwójka się pobiera. Wiedzie im się średnio, do pewnego momentu... Okazja czyni złodzieja. Walter słysząc w barze zachwyty nad pracami swej żony postanawia przypisać sobie ich autorstwo. Początkowo zniewolona Margaret godzi się na taki układ, zwłaszcza, że małżeństwo szybko się bogaci. Jednak to niejedyna skradziona tożsamość Waltera...

*pics:tumblr

23.03.2015

The 6 Tony Scott Movies You Must See.


skirt-Pimkie
blouse-Camaieu
jacket-Camaieu
sunglasses-I am
shoes-czasnabuty
bag-Primark
ring-New Yorker

Pragnę Wam polecić 6 filmów Tony'ego Scotta, które według mnie zasługują na uwagę. Zapewne zdziwicie się czytając poniższą listę, że większość bardzo dobrze znacie. Jeśli jednak z jakiejś niezrozumiałej przyczyny jeszcze ich nie widzieliście, to zachęcam do zapoznania się/ odświeżenia sobie repertuaru. Tony był młodszym bratem producenta i reżysera filmowego Ridleya Scotta i był tak samo utalentowany, choć dla większości mniej znany. W 2012 roku światem filmowym wstrząsnęła wiadomość o jego samobójstwie. Dlaczego, w jaki sposób, nie mam zamiaru pisać, bo to nie miejsce na plotkowanie. Zachęcam do lektury i życzę spokojnego wieczoru. (Kolejność filmów przypadkowa, z racji niezdecydowania.)

1. The Hunger (Zagadka Nieśmiertelności), 1983

"Zagadka..." to jeden z najbardziej stylowych filmów jakie znam. Choć mieści się ramach horroru, to trudno przyporządkować go tylko do jednego gatunku. Jeśli, więc lubicie kino o wampirach i szukacie mieszanki strachu i grozy, to możecie być rozczarowani. Historia krwiopijców służy jedynie za kanwę do postawienia pytań o ostateczność, wartości moralne i miłość idealną. Jeśli miałabym już ją do czegoś porównać, (ale to baaardzo luźne skojarzenie) to chyba do Draculi Francisa Forda Coppoli, gdzie wampir ukazany jest w ludzki sposób, kocha, pożąda, nienawidzi jak prawdziwy śmiertelnik, a my zamiast się go bać, po prostu mu współczujemy. Największymi atutami The Hunger oprócz genialnego aktorstwa Davida Bowie, Susan Sarandon i Catherine Deneuve są zdjęcia i muzyka. Każdy kadr jest poezją, a piosenka zespołu Bauhaus o ironicznym tytule Bela Lugosi's Dead (która zawsze przyprawia mnie o szybsze bicie serca) każe nam przypuszczać, że zaraz będziemy obcować z arcydziełem. Tu wszystko fascynuje i nie pozwala odwrócić wzroku od tego widowiska. Brzydota, piękno to bez znaczenia, lecimy do ekranu jak ćma spragniona światła. Fabuła jest nieskomplikowana, ale jak już mówiłam, ta jedynie służy za tło.
Wampirzyca Miriam Blaylock (Catherine Deneuve) otacza się sztuką, słucha muzyki poważnej, ceni piękno, a już najbardziej pięknych kochanków, których zmienia jak rękawiczki. Gdy jej zainteresowanie słabnie, nieszczęśnik zaczyna się starzeć w zastraszającym tempie. Taki los czeka też Johna (David Bowie), który ratunku szuka u doktor Sarah Roberts (Susan Sarandon), ta staje się nowym natchnieniem Miriam...


2. Enemy of the State (Wróg publiczny),1998

Nie ma takiej opcji, że nie spodoba Ci się ten film. Tony Scott wykonał kawał dobrej roboty, czerpiąc przy tym z klasyków z kina lat 70., nie zapominając jednak o współczesnym wymagającym widzu. Do pracy zaangażował creme de la creme świata filmowego: Will Smith, John Voight, Gene Hackman, Jack Black... Mimo że od realizacji minęło już 17 lat, to temat jest jak najbardziej aktualny. Wszechobecna inwigilacja, wszystkich i wszystkiego, uczucie ogarniającej paranoi. Niestety, nie jest to tylko wymysł twórców. Oglądając, sami siebie będziemy pytać czy faktycznie w tej chwili nikt mnie nie obserwuje... Jak u Hitchcocka na samym początku mamy wielkie bum!, żeby potem napięcie rosło i rosło... Zaczyna się od morderstwa kongresmena (Jason Robards), który sprzeciwia się uchwale o swobodnej inwigilacji. Zdarzenie ma miejsce nad jeziorem, gdzie akurat na swoje nieszczęście przebywa Daniel Zavitz (Jason Lee), który filmuje malowniczą przyrodę. Nie podejrzewając, w posiadaniu jakiego jest materiału, wraca do domu, gdzie szybko odkrywa cenny film, który nagrał z całego zajścia. Widać doskonale twarze ludzi zamieszanych w zabójstwo, jest tam m.in. rządowy agent Thomas Brian Reynolds (John Voight), który nie ma zamiaru czekać, aż wybuchnie afera...Zaczyna się pościg za Danielem, który podrzuca dowody przypadkowo spotkanemu koledze Robertowi Deanowi (Will Smith), po czym ginie pod kołami auta. Robert, ambitny prawnik, wraca spokojnie do domu, nie wiedząc, że w torbie ma materiał, który zagraża jego życiu. W krótkim czasie wokół niego zaczynają się dziać dziwne rzeczy, które wcale nie są zbiegami okoliczności. Na dotąd nieskazitelnym wizerunku prawnika zaczynają się pojawiać rysy...

3. The Fan (Fan),1996

Choć w ostatnim czasie kariera Roberta De Niro przypomina kolejkę górską, to nie da się mu odmówić wkładu, jaki wniósł do współczesnej kinematografii. Uwielbiam co jakiś czas wracać do jego starszych filmów i wciąż na nowo przeżywać huśtawkę emocji. U Tony'ego Scotta wciela się w Gila Renarda - sprzedawcę noży, który ubóstwia bejsbol, w szczególności drużynę San Francisco Giants, w której występuje jego ukochany zawodnik Bobby Rayburn (Wesley Snipes). Gil nie ma tak naprawdę życia prywatnego, wszystko podporządkowane jest meczom. Przez ignorowanie pracy traci posadę. Z byłą żoną też nie ma dobrego kontaktu. Jego jedyną nadzieją jest syn, który niestety nie przejawia zdolności sportowych. Sfrustrowany Renard popada w coraz głębszą obsesję. Niestety, sezon dla Bobby'ego nie jest łaskawy i jego kariera wisi na włosku. Gil nie zawaha się przed niczym, by jego idol znów święcił triumfy, nawet za cenę czyjegoś życia...

4. Man on Fire (Człowiek w ogniu), 2004

Tony Scott przenosi nas do współczesnego Meksyku, opanowanego przez korupcję, narkotyki, porwania - rząd nie może sobie poradzić z taką falą przestępczości, no bo w jaki sposób, skoro wszyscy biorą w łapę? W tym raju na ziemi mieszka dziewczynka imieniem Pita (Dakota Fanning), która z racji niesprzyjającego środowiska będzie potrzebować ochrony. Tego zadania podejmie się Creasy (Denzel Washington), były żołnierz, istna maszyna do zabijania, który zmaga się z alkoholizmem. Postanawia w końcu zamienić butelkę wódki na spluwę i tu z pomocą przychodzi Rayburn (Christopher Walken), który załatwia mu fuchę goryla. Z początku Creasy traktuje dziewczynkę dość chłodno na zasadzie klient-pracownik, jednak mała szybko skrada jego serce i od tej chwili łączy ich specyficzna więź. Jednak nie mamy do czynienia z melodramatem a sensacją, idylla w końcu się kończy. Pita zostaje porwana. Goryl po strzelaninie trafia do szpitala, niestety porywaczami okazały się skorumpowane gliny, Creasy zostaje oskarżony o zabójstwo dwóch z nich... Niektórych może z czasem razić chaotyczność filmu, twórcy bawią się efektami, przyspieszając, to znów oddalając kadr. Mnie taki zamysł się bardzo podoba, a w połączeniu z muzyką tworzy ciekawą całość.

5. Spy Game (Zawód: Szpieg), 2001

Kocham szpiegowskie kino i, choć Spy Game nie należy do mojej ścisłej czołówki, to nie odmówię sobie seansu, gdy leci w tv. W tym filmie mamy wszystko, co na pewno przyciągnie nas przed ekran: miłość, przystojni szpiedzy, wojna w tle, polityczne gierki. Historia jest tak niesamowicie wciągająca, że do ostatniej minuty trzymam kciuki za Nathana Muira (Rober Redford). Akcja toczy się na przestrzeni lat, bodajże od 1975 roku, czasów Zimnej Wojny, do 1991 roku, gdzie panuje już zupełnie inna sytuacja polityczna. Nathan Muir jeden z najlepszych zostaje mentorem młodego, narwanego, ale piekielnie zdolnego Toma Bishopa (Brad Pitt), uczy go zawodu, zachowania, kamuflowania się, czyli wszystkiego co superagent umieć powinien. Rodzi się też między nimi przyjaźń. Podobni są tylko fizycznie (odnoszę wrażenie, że oglądam syna z ojcem), ponieważ mają zupełnie inne charaktery, Tom to spontaniczny indywidualista, który daje się ponieść emocjom, kieruje się sercem, co w przypadku takiego fachu, nie jest mile widziane, Nathan z kolei to precyzja, rozum i opanowanie. W końcu po latach służby Nathan może przejść na upragnioną emeryturę, została mu już tylko doba... I właśnie w tym czasie będzie musiał podjąć najważniejsze decyzje. Okazuje się, że Tom został pojmany przez Chińczyków i skazany na karę śmierci za szpiegostwo, zostają im tylko 24 godziny na negocjację... CIA umywa ręce od wszystkiego. Czy Nathan zaryzykuje wszystko, by ocalić przyjaciela? Musicie to zobaczyć!

6. True Romance (Prawdziwy Romans), 1993

Reżyseria Tony Scott, scenariusz Quentin Tarantino, no nie ma bata, musi być kultowy. I jest! Przynajmniej dla mnie. Dla fanów Tarantino to seans obowiązkowy. "Czuć" w filmie tarantinowskiego ducha, choć zagorzali przeciwnicy filmu, mówią, że Scott uśmiercił rewelacyjny scenariusz (inne zakończenie). Ja wiem swoje, Wy zobaczcie i oceńcie. Prawdziwy Romans naszpikowany jest śmietanką aktorską od Gary'ego Oldmana, Brada Pitta, Christophera Walkena, poprzez Dennisa Hoopera, Patricie Arquette, Christiana Slatera, kończąc na Valu Kilmerze ( a to jeszcze nie koniec nazwisk!). Outsider Clarence (Christian Slater), fan Elvisa (z którym rozmawia), komiksów i kina (nie ma wątpliwości, że to Tarantino pisał) zakochuje się w Alabamie (Patricia Arquette) dziewczynie na telefon. Chce uwolnić ją spod jarzma alfonsa Drexla (Gary Oldman), idzie z nim pomówić. Naturalnie o żadnej rozmowie mowy nie ma. Drexl ginie, a zakochani zabierają walizkę pełną koki. Tam, gdzie narkotyki, tam i mafia. Ta więc podąża za kochankami do słonecznej Kalifornii, by wyrównać rachunki... Duet Slater-Arquette wypada na ekranie rewelacyjnie i do końca im gorąco kibicuję. Jednak to Walken-Hooper ostatecznie kradną moje serce w scenie, gdy Vincenzo Coccotti (Walken) wypytuje ojca (Hooper) Clarence'a o to, gdzie uciekła para z jego koką. Znakomite!

*korekta Magdalena Głowacka
*pics tumblr

07.03.2015

Kobiecy wieczór filmowy

Po dłuższej przerwie wracam z zapałem i nowymi pomysłami. Na początek coś z okazji Dnia Kobiet - filmy, mam nadzieję, nie tylko dla pań. Miłej lektury i seansu. Już niebawem na blogu pojawią się posty z codziennymi lookami. Cierpliwości. :)

Breakfast at Tiffany's (1961) dir. Blake Edwards
Nie znam dziewczyny, która nie zobaczyła choć raz "Śniadania...". Jeśli jednak jakimś cudem nie widzieliście tego filmu, to niezwłocznie nadróbcie zaległości. Pamiętam, że jako mała dziewczynka niesamowicie zachwycałam się obrazem Edwardsa i naturalnie Audrey Hepburn w roli Holly Golightly. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego Truman Capote- autor książki, na podstawie której zekranizowano "Śniadanie...", upierał się przy tym, by główną rolę grała Marylin Monroe. Dopiero gdy przeczytałam powieść i podrosłam, wszystko stało się jasne. W książce zakończenie jest zupełnie inne i zdecydowanie wolę wersję książkową, co więcej, choć fizycznie Marylin kompletnie nie pasuje mi do Holly, to charakterologicznie już jak najbardziej. Wróćmy jednak do filmu. Holly Golightly, mieszkanka Nowego Jorku, prowadzi beztroskie życie. Czas upływa jej na nieustannej zabawie, naciąganiu i uwodzeniu bogatych mężczyzn (mieszkając na Upper East Side na Manhattanie albo masz pieniądze, albo "kontakty"). Pewnego dnia do jej kamienicy wprowadza się Paul Varjak (George Peppard) - ambitny, młody pisarz i ... utrzymanek. Ta dwójka szybko znajduje wspólny język i zakochuje się w sobie. Jednak tak łatwo nie będzie, po drodze wyjdą skrywane sekrety, trudna przeszłość Holly, jej zamiłowanie do luksusu i wolności. Z tym wszystkim przyjdzie się zmierzyć naszym bohaterom. Każdy miłośnik mody i Nowego Jorku koniecznie musi znaleźć czas na seans. Stroje, które nosi Audrey Hepburn, są obłędne (do historii przeszła już legendarna "mała czarna"), stworzone przez Pauline Trigere i Huberta de Givenchy- tego pana chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Ah i ta muzyka Henry'ego Manciniego....zresztą nagrodzona Oscarem i to podwójnym!- za muzykę i piosenkę Moon River. Ujęcia Nowego Jorku zapierają dech w piersiach i nie ukrywam (nie będę na pewno oryginalna), że po tym filmie zapragnęłam zamieszkać w uroczej nowojorskiej kamienicy (nawet za sąsiada mogłabym mieć Pana Yunioshi- w tej roli kochany Mickey Rooney) i przechadzać się rano w pobliżu sklepu Tiffaniego, przegryzając przy tym croissanta. Film szybko zyskał status kultowego, rzesze fanów i po dzień dzisiejszy jest jedną z najchętniej oglądanych komedii romantycznych.

The First Wives Club (1996)dir. Hugh Wilson

"Zmowa pierwszych żon" jest adaptacją książki Olivii Goldsmith i, jak to często bywa, podzieliła widzów. U tych, którzy czytali powieść, słychać głosy sprzeciwu. Ja niestety nie miałam przyjemności zapoznać się z twórczością Pani Goldsmith, mimo to myślę, że trudno byłoby mnie zniechęcić do obrazu Wilsona. Choć daleko mi jeszcze do kobiety w średnim wieku, to z przyjemnością wracam do tego filmu i zawsze tak samo się wzruszam. Nasze bohaterki: strachliwa Annie (Diane Keaton), Brenda (Bette Midler), gwiazda filmowa Elise (Goldie Hawn) spotykają się po wielu latach na pogrzebie swojej przyjaciółki Cynthi, która popełniła samobójsto, po tym jak zostawił ją mąż. Na początku więcej je dzieli niż łączy, jednak z czasem dawna przyjaźń odżywa. Będą musiały zmierzyć się ze zdradami i oszustwami swoich mężów, w wyniku czego założą klub o nazwie "Zmowa pierwszych żon". Planują zemstę doskonałą, stopniowo wdrażając swój plan w życie. Ostatnia scena, w której trzy kobiety śpiewają i tańczą do piosenki Lesley Gore "You don't own me" zawsze mnie tak samo rozczula (choć nie lubię się do tego przyznawać). Film oprócz ewidentnego feministycznego tonu jest także pochwałą kobiecej solidarności i przyjaźni, która potrafi przetrwać próbę czasu.

Please Don't Eat the Daisies (1960) dir. Charles Walters

Doris Day jest niekwestionowaną gwiazdą komedii romantycznych i biada temu, kto się ze mną nie zgodzi. Jak głosi porzekadło: "Nie ma to jak stare, dobre kino". Może i amerykańskie komedie z lat 50. i 60. są naiwne, ludzie wyglądają idealnie jak z reklamy płatków śniadaniowych, może i mają piękne białe uśmiechy (bielsze zęby może chyba mieć tylko Ross z Przyjaciół), kobiety śpią w pełnym makijażu, a wszechobecny lukier wylewa się z ekranu, jednak jako typowy łasuch, zajadam się łakociami, aż poczuję ten satysfakcjonujący stan zen - pełne zadowolenie z seansu filmowego. Gdy patrzymy na Doris Day, to stanowi ona wręcz książkowy wzór tego, o czym powiedziałam przed chwilą. W wielu filmach gra jedną i tę samą rolę- przykładną panią domu, wyglądającą zawsze nienagannie (uwielbiam jej styl!), jednak w jakiś magiczny sposób zawsze chcę więcej, i jak to bywa ze słodyczami, takie filmy naprawdę uzależniają! "Nie jedzcie stokrotek" jest jedną z moich ulubionych komedii z przytoczoną wcześniej aktorką. W duecie z Davidem Nivenem gwarantuje prawie 2 godziny doskonałej zabawy. Larry Mackay (David Niven) jest uznanym nowojorskim krytykiem teatralnym. Wraz z żoną Kate (Doris Day) i czwórką synów mieszkają na Manhattanie. Z dnia na dzień Larry staje się najbardziej rozchwytywaną osobą w artystycznych kręgach. Coraz więcej czasu zaczyna spędzać na bankietach z filmową gwiazdą Deborah Vaughn (Janis Paige), która umiejętnie demonstruje przed nim swoje atuty. Pochłonięty przez wielki świat zaniedbuje rodzinę. Żona, która podejrzewa męża o zdradę, tak łatwo nie da za wygraną. W międzyczasie rodzina przeprowadza się do domku na obrzeżach miasta. Tam ambitna Kate postanawia wystawić z dziećmi sztukę i to nie byle kogo... Nieocenionym atutem filmu są piosenki wykonywane przez Doris Day jak: Que Sera, Sera czy Don't Eat the Daisies. Jeszcze długo po seansie będziecie je nucić.

*korekta: Magdalena Głowacka
*photo: tumblr